hipertarg

Dać się przekonać? Czemu nie? Wyzwolonym od przesądów okiem obejrzeć marchewkę. Może faktycznie nie ważne jest gdzie, a tylko co się kupuje?
A jednak przykro na nią patrzeć. Wiem, wiem, to przecież nie jej wina. Gdyby mogła chcieć, pewnie chciałaby, żeby to wszystko było inaczej. Ale trudno. Tak to już jest. Jej widok niezmiennie nasuwa skojarzenie z zimnem laboratorium. Biel świateł bezlitośnie odsłania wyrwanie z kontekstu, niedopasowanie. Marchewka w supermarkecie? Nieporozumienie. Nie kojarzę jej z ziemią, z której wyrosła. Tak jak olbrzymiego, z wyglądu plastikowego jabłka z drzewem, na którym dojrzało. Smutne warzywa i owoce - sieroty. Bez tożsamości. Mimo woli z tyłu głowy lęgnie się nieufność. To wszystko jest zbyt łatwe. Zbyt ładne. Nieprzekonujące. Kupowanie marchewki w supermarkecie to jak czerpanie wiadomości o życiu z telenoweli.

"Był sad.
Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,
Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.
Tu kapusta sędziwe schylając łysiny,
Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;
Tam plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,
Wysmukły bób obraca na nią tysiąc oczu;
Owdzie podnosi złotą kitę kukurydza;
Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,
Który od swej łodygi aż w daleka stronę
Wtoczył się jak gość między buraki czerwone".
Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, księga druga: Zamek, w. 403-413.

Gdzie to znaleźć, gdzie zobaczyć? A może pozostało już tylko poczytać i pooglądać obrazki ku pokrzepieniu serc? Targ narasta stopniowo. Oswaja, przygotowuje do wejścia. Daje się smakować powoli. W spieniony żywioł prowadzą drobne strumyki handlarzy przygodnych, arcydetalistów. Kaczuszka, dwa kurczaki, warkocz czosnku, wianek suszonych grzybów. Dla amatorów uczuć wyższych kwiaty. Powiązane w pęki róże, różyczki, konwalie, tulipany, frezje, żonkile. Żółte, białe, różowe, czerwone, kremowe. Mozaiki płatków. Nie kupisz tu, to kupisz tam, albo nie kupisz ogóle. Sycić wzrok możesz za darmo. Im bliżej ku centrum arcydetaliści zagęszczają się. Masa towaru wzrasta. Nagle pojawia się gąszcz straganów oferujących egzotyczne światy. Tytonie, cygara, cygaretki w paczkach, puszkach, pudełkach. Nieco dalej królestwo bakalii: smolisty granat suszonych śliwek, ciepły pomarańcz moreli, delikatny brąz mięsistych rodzynków, migotliwa niebieskawość maku. Feeria barw. Wszystko w najprzedniejszym gatunku, o czym gorliwie zapewniają troskliwi handlarze. I ja im wierzę. Ich życie związane jest z towarem, który sprzedają, o który zabiegają... Co łączy dziewczę w supermarkecie z naparstkiem kawy, do skosztowania którego zachęca? Nic. Jutro u konkurencji będzie zalecać chrzan. Co ona mi może powiedzieć o tym, co zachwala? To, czego nauczyła się kilka godzin wcześniej. I nic więcej.

...bliżej i bliżej. Aż wreszcie wir. Eksplozja barw, dźwięków, zapachów, wrażeń. A wszystko sycące zmysły, konkretne, prawdziwe. Brak promocji? Ależ skąd! Promocją jest smak zapach, uśmiech, krótka rozmowa, dowcip. Brak promocji? Chłopak ma najwyżej dwanaście lat:
- Czoooosnek! Czoooosnek!
- Po ile główka?
- Duża-po-pięć-mała-po-trzy-warkocz-za-piętnaście. Czooooosnek!
Staruszka handlująca rybami. Żeby ją zastać trzeba przyjść wcześnie rano. Oświetlony porannym słońcem widok jak z martwych natur mistrzów holenderskich XVII wieku. Sterta płoci i leszczy, kilka linów, jeden szczupak. Tylko jeden? Wziąłbym dwa. No tak, mam tylko jednego. Ale jeśli przyjdzie pan w piątek i jeżeli będą szczupaki, odłożę panu. Bo ryby łowi syn z wnukiem w nocy. Na Bugu. Wracają rano i wszystko na targ. Więc sprzedaje się to, co jest. Ale może zamiast szczupaka weźmie pan lina? Znakomita ryba. Chociaż... czekaj pan. Klientka miała przyjść, nie przyszła, a chciała żeby jej odłożyć szczupaczka. Pan bierze, najwyżej jej strata. Mogła przyjść, nie? Tak było w Wyszkowie. Starszy spracowany człowiek w ciepłym palcie mimo wiosennej pogody. W staromodnej, skajowej torbie dwa kurczaki. - Panie, pan jest młody, ale weź pan porównaj tego kurczaka z tym ze sklepu. Panie, mój to karmiony tylko pszenicą i kukurydzą. Weź pan i obejrzyj. Same mięśnie, nic tłuszczu. A tamte? Panie, przecież to produkcja przemysłowa. Weź pan i porównaj. W Warszawie targowiska są w odwrocie. Cofają się przed taflami supermarketów. Ale zostało jeszcze kilka wysepek, ściśniętych enklaw prawdziwości... Daleko im do tych prowincjonalnych. Ale mają to "coś". Sensem istnienia tych placów, kalekich bez gwaru bud, jest tych kilka dni w tygodniu i tych kilka godzin w ciągu tych dni. Pozornie zniechęca pustką, pytaniem o rację swojego istnienia. Pozorną prowizorycznością. Ale przez tych kilka godzin przestrzeń placu żyje ludźmi, gwarem, słowem, pytaniem, rozmową. Kilkadziesiąt centymetrów nad placem niesie się życie. Prawdziwe, po prostu. Chciałem przy okazji popatrzeć, jak grają w szachy dwaj handlarze hydrauliką, ale akurat skakał Małysz i zajmowało ich pilne nasłuchiwanie wyniku. Od lat we wtorki, piątki i soboty matka z synem ustawiają swojego "Żuka" w tym samym miejscu i rozkładają towar. Kompozycja od prawej do lewej: kartofle jako nuta podstawowa, tuż obok kontrapunkt kapust różnorakich, dalej władanie cebuli i pietruszki, a jak pietruszki, to zaraz po sąsiedzku selera i buraków. Rubieży straganu strzeże czarna rzepa. Z przodu wypinają brzuchy niskie beczki z kiszonymi ogórkami i kiszoną kapustą. Bez wątpienia lepszej się tu nie znajdzie. Od lat ludzie specjalnie po nią przychodzą. Taki rytuał. Tu nic nie jest anonimowe. Najmniejsze ziarenko groszku ma swoją historię utkaną z zapachu, dotyku wiatru, słońca. Bo widziało słońce, dotykało ziemi. Ma swoją naturalną oprawę spracowanych rąk, które podają to, co same wypielęgnowały. Co znają do najmniejszego łyka, pesteczki, listka, łodyżki. Dwoje starszych ludzi. Ich życie mija wśród spiętrzonych piramid jabłek. Wśród nich skarb prawdziwy: skrzynka małych, pomarszczonych koks. Tak, zostały jeszcze trzy drzewka. Gdzie pan znajdzie taki unikat? Drobna, pomarszczona faktura w zamknięta oprawie drewnianych skrzynek. Drewniane skrzynki są jak ramy obrazów. Hipermarket jest zawsze taki sam. Hermetycznie zamknięte ściany jałowego laboratorium. Rytuał wypreparowanego kupowania. Daję pieniądze, dostaję towar. Tylko tyle. Jest ruch? Jest. Ale nie ma gwaru. Tego gwaru, który na targu jest historią życia ludzi, wspólnoty, zrozumienia. Tego, co unosi się pośród piramid jabłek, kopców pietruszek, kul selerów. Zatrzymać się na chwilę porozmawiać. W supermarkecie? Z kim? Rząd zmęczonych oczu kasjerek wpatrzonych w piknięcia czerwonych punktów. Zagaić? Nie, nie. Płacisz i następny. Dostałeś swoje. Do wyjścia. Pory roku w supremarkecie wyznaczają zmiany w garderobie tłumów i rytm promocji. Nuda, nuda, nuda. Targ się zmienia, pulsuje. Rytm jego życia wyznacza ruch słońca na niebie. W rześkim chłodzie poranka rozwija się razem z kwiatami. Rozgrzewa się, przygotowuje na apogeum, na uderzenie fali kupujących w porze słońca w zenicie. Pustoszeje na tle zachodzącej czerwonej kuli. Nad pustym placem zapada cisza. Do jutra.

powrót