Przemeblowywanie przestrzeni

Żelazna niknie. Topnieje. Wysycha. Nie, nie cała, rzecz jasna. Tylko ta Tyrmanda, Białoszewskiego.

Może to przez słońce? Lepi się do faktury cegieł, szczelin, okien, kałuż. Tnie przezroczystością po resztkach solidno-czerwonego koryta z wyschniętymi przelotami Chmielnej, Złotej, Twardej, Siennej, Pańskiej, Prostej, Łuckiej, Grzybowskiej, Krochmalnej, Ogrodowej.

Przemeblowywanie przestrzeni. Niknięcie, kurczenie się. Pozostać można tylko po znajomości. Po drobnej przydatności. Ceglane odchodzi. Kruszeją w ściółkę resztki, wsiąkają w ziemię. Te niskie kurczowo trzymają się bruku: trudno jest odejść.

Rozpad odsłania blizny, bo one trwają najdłużej. Wyrzut poczucia odsunięcia. Próba zwrócenia na siebie uwagi.
Brama, szczelina, czarne oko okna, kikut balkonu, cień stiuku, schody donikąd. Nic nie jest tym, czym powinno, więc może być - wszystkim. Nasiąknięte dźwiękami, obrazami, odgłosami, zapachami, barwami. Złudzenie tajemnicy. Dolepianie chcenia do sponiewieranych bram, zmulonych podwórek. Czepianie się resztek. Wypełnianie strzępami pamięci. Bo każda brama, każde kaprawe okienko z rewią pelargonii między szybą i firanką zapowiada świat olbrzymi. Przestrzeń nieogarnioną.

Łaty bloków wypełniające poszarpane brzegi ulicy są intruzami i jako niejakie muszą zostać zignorowane. W najlepszym przypadku mogą być tylko statystami pozorującymi zapełnienie przestrzeni.

Przystanek jest najlepszym punktem obserwacji zmian ewolucyjnych. W Żelazną suną tafle szkła. Jeszcze nie szczepione z gruntem, niewkorzenione, niedopasowane, niezlane z ulicą. Nie widzą nic poza sobą. Chyba trochę płytkie. Płaskie. Jakby za pozorami nieprzystępności kryła się pustka. Ale może tylko oswajają się z sytuacją. Wpasowują w podłoże. Wyniosłością starają się pokryć zmieszanie. Udają, że nic się nie stało. Że nikogo tu wcześniej nie było.
Dwie Żelazne. Przez moment zlepione ze sobą, ignorują się. Udają, że się nie dostrzegają. Tak jest wygodniej.

powrót