![]() |
Zatrzymać chwilę spajającą z przestrzenią miasta. Budującą intymną więź ze światłami, zapachami, dźwiękami wypełniającymi materię. Z tym, co zastane, odziedziczone i nieustannie odkrywane na nowo. Z otaczającą wszechprzestrzenią zewsząd wdzierającą się do wnętrza i tworzącą je.
Zdjęcia Warszawy Zbyszka Siemaszki, Tadeusza Rolke, Henryka Jurko w rocznikach "Stolicy" sprzed czterdziestu pięciu lat. Obrazy ujawniające część tajemnicy nieprzerwanie kształtującej się przestrzeni, budujące tożsamość, tworzące pomost ciągłości życia miasta. Są jak delikatne nici tworzące pajęczynę, siatkę przestrzeni. Wyostrzają wrażliwość na delikatne tchnienia, sygnały miasta. Pokazują wszystko: miasto i ludzi. Zwłaszcza ludzi (Tadeusz Rolke: "Ja pierwszy wprowadziłem człowieka na okładkę 'Stolicy', bo do tej pory to była taka kronika odbudowy Warszawy").
Zatrzymana chwila. Przebłysk życia. Twarze, ruchy, doznania postarzałe o prawie pół wieku. Świat zastygły. Tworzący jedną z warstw przestrzeni, w której się poruszamy. Po co odkrywać go na nowo? Żeby mocniej zagłębić się w miasto, zespolić się z nim. Żeby móc powiedzieć: jest moje. Po prostu. Takie, jakie jest. To nie kwestia wyboru. Jestem częścią miasta, bo ono tkwi we mnie. Obrazy, zapachy, dźwięki nagromadzone przez lata. Więc fotografie. I ich dopełnienie. Odkrywanie swojej tożsamości w tekstach Tyrmanda. Błysk. Jak ja to doskonale rozumiem. To jest też moje. Po prostu jest. Takie, a nie inne. Nie wiem, co by było, gdyby tego nie było, albo gdyby było jakieś trochę inne. Nie wiem, kiedy ani gdzie konkretnie przyszło. Sączyło się. Powoli, nieustannie, niezauważalnie. No i jest. I tyle.
Ze zbioru "Hotel Ansgar" wydanego w 1947 roku:
"Wypucowana messa oficerska i widniejący przez iluminator szarozielony fiord, zalane słońcem stalowo-błękitne niebo i fioletowe chmury - wszystko to utonęło w kurzu walących się kamienic. Świeżość i spokój norweskiego krajobrazu stłumił skwar sierpniowej walki ulicznej, huk bomb, pot zalewający oczy pod hełmem, biała chmura tynkowego pyłu zranionej ulicy. (...) musiałem coś uczynić, zrobić coś za wszelką cenę, nawet jakieś głupstwo, aby iść noga w nogę i ramię w ramię z Warszawą. Z jej wzruszającym, szlachetnym głupstwem" .
Długich dwadzieścia lat później, w 1967 roku, już po wyjeździe z Polski, pisał w " Porachunkach osobistych":
"(...) pokochałem ten kraj takim, jakim jest. W międzyczasie zrodziła się moja nowa kondycja Polaka z Polski tej, a nie innej, człowieka z Warszawy udręk i radości, niepoznawalnych dla nikogo spoza tego miasta. (...) Stałem się Polakiem zaglomerowanym, na którego złożyły się most Poniatowskiego i brak masła, Praga II i sowieckie zbrodnie, spółdzielnia "Gromada" i Antoni Słonimski, kardynał Wyszyński i "Czerwono - Czarni", pomnik Powstańców i lekkoatleci, Spatif i bar "Gopło". Polacy, czyli naród na stacjach "PKS-ów" w mglisto-błotne ranki, z papierowymi walizkami i z dziećmi w za ciepłych rajtuzach, są równie moi jak Moczara. Wraz z tym narodem posiadłem wiedzę o nieogolonych cwaniakach w niechlujnych biurach, a także o tym, jak korzystać ze wspólnej łazienki na kilkanaście osób i jak wchodzić do pociągu przez okno. Przez 20 lat stałem wraz z nim w kolejce po cytryny, przez co stała się ona moją kolejką w większym stopniu, niż Szyrów, Leszów czy Jaszczuków, którzy ją wyprodukowali, ale z niej nie korzystali, bo przedtem sklepy za żółtymi firankami, a potem służące. 30 milionów ludzi, a z nimi ja, posiedliśmy prawo miłości i nienawiści do komunistycznej Polski, która jest naszą i moją Polską (...)" .
W międzyczasie był jeszcze ZŁY. Uczucie tętniące w opowiadaniach z "Hotelu Ansgar" i "Gorzkiego smaku czekolady Lucullus" w ZŁYM eksplodowało. W nim Tyrmand "przeciwstawił Warszawę z gazet, Warszawę budujących się dzielnic, defilującego bohaterskiego ludu, Pałacu Kultury, daru serca ZSRR dla Polski, Warszawie, której miało nie być". Ale przecież wysłużony opis "ciuchów" w "Dzienniku 1954" drga w wyjętych ze "Stolicy" fotografiach zamieszczonych trzy lata później. "Koniki" pod kinem "Moskwa" na zdjęciach "Stolicy" i "koniki" w ZŁYM to jeden świat.
Opisy miasta. W nich Tyrmand buduje nastrój Warszawy, wprowadza czytelnika w jej atmosferę. Z nich bije jego uczucie do zrujnowanego miasta, choć przecież świat ZŁEGO nosi piętno okrucieństwa.
Kiedy czytał znajomym fragmenty powstającej powieści spotykał się z zarzutem, że opisy są zdecydowanie za długie. Odpowiadał na to, że nikt jeszcze dotąd nie wymyślił lepszego sposobu rozliczania się z autorem, niż płacenie mu od wiersza. Odpowiedź cięta i kpiarska, ale fotografie "Stolicy" z epoki ZŁEGO odkrywają prawdziwy powód.
"A przecież wszystko, co w życiu mam, dostałem od Polaków. To od nich dostałem jedyną w życiu pisarza chwilę, kiedy, przed laty, na MDM - ie, stał długi ogonek do sklepu, a przechodził obok mnie facet w berecie i spytał ostatniego: - Co tu dają? Szynkę? - zaś ostatni odparł: ZŁEGO sprzedają. Po sztuce na twarz. - I ten w berecie stanął". Te opisy, te zdjęcia wyrosły z szarpiącego uczucia. I dlatego szarpią.